Baba drożdżowa i życzenia na Wielkanoc

Baba 1 Chili & Tonka

Baba 6 Chili & Tonka

Baba 4 Chili & Tonka

Bazie Chili & Tonka

Od czterech lat jeździmy z wielkanocnym koszyczkiem do pobliskiej miejscowości, gdzie znajduje się polski kościół. Tutejsza Polonia to najczęściej trzecie pokolenie emigrantów. Twarze jakby znajome, rysy jakby polskie, ale większość nie zna już „ojczystej” mowy. Święcenie pokarmów i krótkie kazanie odbywa się więc po francusku. Na koniec ksiądz składa życzenia. Każdemu z osobna – jest uścisk dłoni i krótka rozmowa. Coś, czego raczej nie można spotkać w polskim kościele.

Francja jest krajem świeckim i wszelkie święta kościelne obchodzone są w sposób dość „nienachalny”. Wielkanoc przede wszystkim oznacza półki zasypane czekoladowymi jajami, zajączkami, a nawet kurkami i gąskami dość okazałych rozmiarów. Od samego patrzenia na takie stosy czekoladowych łakoci przychodzi ochota na coś bardziej wytrawnego. Zawsze przed świętami, w okolicy odbywa się kiermasz polskich wyrobów – można kupić swojską, czy białą kiełbasę,  kabanosy i wiele innych wyrobów. Poza tym – to jest najfajniejsze! – dla dzieci organizowana jest zabawa w poszukiwanie czekoladowych jajeczek, rozrzuconych po trawie w parku – „une chasse aux oeufs”. W takich imprezach biorą udział również dzieci wyznawców innych religii, w tym muzułmanów. Wcale mnie to nie dziwi – sama chętnie pognałabym z koszyczkiem na takie słodkie polowanie!

Ja dzisiaj proponuję Wam przepis na klasyczną babkę drożdżową. Nie za słodką, lekką i puszystą. Życzę Wam wspaniałych, rodzinnych Świąt Wielkiej Nocy i samych smacznych potraw na stole! I jeszcze wiosny Wam życzę!

Baba 7 Chili & Tonka

{ scroll down for English version }

Baba drożdżowa

Składniki:

  • 50 g świeżych drożdży ( lub 25 g suchych )
  • 100 g cukru
  • 150 ml letniego mleka
  • 2 szklanki mąki
  • 2 żółtka w pokojowej temperaturze
  • 50 g roztopionego i przestudzonego masła
  • sok z połowy limonki lub cytryny
  • skórka otarta z limonki lub cytryny
  • cukier puder do posypania ciasta

Przygotowanie:

  1. Drożdże pokrusz i rozetrzyj z 1/4 porcji cukru. Poczekaj, aż się rozpuszczą.
  2. Dodaj 1/4 mąki i połowę podgrzanego mleka. Dokładnie wymieszaj i odstaw do wyrośnięcia.
  3. Cytrynę wyszoruj i zetrzyj z niej skórkę.
  4. Żółtka utrzyj z pozostałą częścią cukru.
  5. Do wyrośniętego zaczynu dodaj utarte żółtka, pozostałą mąkę, letnie mleko, roztopione masło, sok i skórkę z cytryny.
  6. Wyrób gładkie ciasto, które nie lepi się do rąk ( jeśli potrzeba, posyp je lekko mąką ).
  7. Foremkę z kominem posmaruj dokładnie masłem i posyp mąką, bułką tartą, lub kaszką manną.
  8. Przenieś ciasto do foremki, dociśnij i wyrównaj wierzch. Odstaw do wyrośnięcia w ciepłe miejsce na około 1 godzinę. Ciasto powinno wypełnić formę w 3/4 objętości.
  9. Piecz przez 35-40 minut w piekarniku nagrzanym do 180° C. Jeśli wierzch zbyt szybko się rumieni, przykryj ciasto folią, lub papierem do pieczenia.
  10. Po upieczeniu odczekaj kilkanaście minut, wyjmij ostrożnie babkę z foremki i wystudź na kratce. Posyp obficie cukrem pudrem.
  11. Ciasto najlepsze w dniu pieczenia, smacznego!

Ps. Warto dodać do ciasta dwie garście rodzynek ( uprzednio zalanych wrzątkiem i odcedzonych ). Jeśli chcesz babkę polać lukrem, rozpuść cukier puder w niewielkiej ilości wody – tak, aby powstała konsystencja śmietany. Polej babkę i poczekaj aż lukier stężeje. Wierzch ( jeszcze mokry ) możesz posypać orzechami, lub kandyzowaną skórką pomarańczową, czy cytrynową.

Baba 8 Chili & Tonka

**********

Baba – sweet yeast cake

Ingredients:

  • 50 g of fresh yeast ( or 25 g instant yeast )
  • 100 g sugar
  • 150 ml lukewarm milk
  • 2 cups flour
  • 2 egg yolks at room temperature
  • 50 g butter, melted
  • juice of half  lime or lemon
  • lime or lemon zest
  • icing sugar for dusting

Method:

  1. Rub the fresh yeast with 1/4 of sugar until it dissolves. Add 1/4 flour and half the lukewarm milk. Mix thoroughly and allow to rise. If you use Instant yeast simply mix with the flour.
  2. Whisk the yolks with the rest of the sugar until thick and pale. Mix with the leaven and add remaining flour, milk, melted butter, juice and zest.
  3. Knead a smooth dough that is not sticky to your hands (if necessary, sprinkle them lightly with flour).
  4. Grease the mold with a chimney thoroughly with butter and sprinkle with flour, bread crumbs or semolina.
  5. Transfer the dough into the mold, press and smooth the top. Leave to rise in a warm place for about 1 hour. The dough should fill the mold in a 3/4 volume.
  6. Preheat oven to 180°C and bake for 35-40 minutes ( (until a tester inserted into center comes out clean). If the top browns too quickly, cover the dough with aluminum foil or baking paper.
  7. Wait about 15 minutes before carefully removing from the mold.
  8. Sprinkle generously with icing sugar. Baba is the best the same day. Enjoy your meal!

You can also add to the dough two handfuls of raisins (previously flooded with boiling water and drained). If you want, you can pour icing and sprinkle the top with nuts or candied orange peel or lemon.

Przepis od Autorki bloga Gzik i Pyry

Nadziane pieczarki

Pieczarki przed Chili & Tonka

Z doświadczenia wiem, że takie przekąski cieszą się na przyjęciach niezwykłą popularnością. Są małe, smaczne, wyglądają kusząco i znikają ze stołu zanim zdążą ostygnąć. Jeszcze jedna zaleta: można do środka wepchnąć rozmaite rzeczy, np. posiekane jajka na twardo, które pozostaną po świętach, albo kawałki smażonego mięska. Ja zaszalałam z włosami diabelskimi ( to te czerwone na górze ) i solą truflową, którą mam już od jakiegoś czasu i ( poza jajecznicą i risotto ) nie mogę się zdecydować, do czego jej użyć. Jeśli macie ochotę na małe, rozpływające się w ustach „co nieco” – gorąco polecam!

Pieczarki z solą truflową Chili & Tonka

Nadziane pieczarki – ilość według potrzeb

  • duże pieczarki
  • cebula, ewentualnie ząbek czosnku
  • ser – np. parmezan, comté
  • oliwa
  • pieprz i sól, ewentualnie inne przyprawy i dodatki

Przygotowanie:

  1. Rozgrzej piekarnik do wysokiej temperatury, najlepiej ustaw funkcję grill.
  2. Pieczarki obierz ze skórki. Oddziel kapelusz od nóżki.
  3. Kapelusze ułóż na blasze wyłożonej papierem do pieczenia ( wewnętrzną stroną do góry ). Polej je kroplami oliwy, przypraw i wstaw do piekarnika na 10 – 20 minut ( aż brzegi zaczną się przypiekać ).
  4. W tym czasie posiekaj cebulę i nóżki. Podsmaż je na niewielkiej ilości oliwy. Możesz też dodać posiekany ząbek czosnku.
  5. Do środka pieczarek włóż nadzienie, posyp startym serem i zapiekaj kolejne 10 minut w temp. 200° C, lub do momentu, aż ser ładnie się roztopi. Podawaj jako przekąskę, lub dodatek do drugiego dania. Smacznego!

Flamiche z serem maroilles

Flamiche 2 Chili & Tonka

Różne rzeczy już jadłam, ale ta potrawa mnie pokonała całkowicie! I nie tylko za sprawą sera, którego zapach unosił się w całym domu ( jak również na klatce schodowej, aż do parteru ) do późnego wieczora! Na nic się zdały te wszystkie znakomite odświeżacze powietrza, spray’e i świece zapachowe. Kto raz spróbował sera maroilles, prawdopodobnie jego aromat będzie miał już na zawsze zapisany w genach – już nigdy go nie opuści ;-)

Flamiche to jedna z najbardziej znanych potraw północnego regionu Francji. To coś w rodzaju pizzy, wytrawnej tarty. Ciasto jest mięciutkie, puszyste i bardzo, ale to bardzo smaczne! I do tego ten ser…

Maroiles Chili & Tonka

Słynny ser maroilles produkowany był przez mnichów już w VII wieku. Posiada charakterystyczny smak i bardzo intensywną woń, dzięki czemu szybko zyskał sławę i wielu zwolenników.  Jest to jeden z najbardziej znanych przysmaków regionu Nord-Pas-de-Calais. Nazwa sera pochodzi od starożytnej wioski Maroilles ( Maro Lalo ). Ser jest miękki, lepki, ma pomarańczową, również miękką skórkę. Produkowany jest  z mleka krowiego i zawiera co najmniej 45% tłuszczu.

Po obejrzeniu bardzo zabawnej francuskiej komedii „Bienvenue chez les Ch’tis” ( w polskim tłumaczeniu „Jeszcze dalej niż Północ” ) po prostu musiałam spróbować jak smakuje maroilles! Powiem Wam, że JEST MOC  W TYM SERZE!

Oczywiście flamiche najlepiej popić odpowiednim trunkiem. Nazwa Ch’ti to nie tylko marka piwa. Takim mianem określa się ludzi zamieszkujących Nord-Pas-de-Calais ( departament na północno – wschodnim krańcu Francji, tuż przy granicy z Belgią ), jak i gwarę, którą się posługują.

Film, a do filmu flamiche z serem maroilles,  jak najbardziej gorąco polecam!

Flamiche 3 Chili & Tonka

Flamiche 4 Chili & Tonka

Chti Chili & Tonka

Flamiche z serem maroilles { porcja dla 4 – 6 osób }

/czytaj: „flamisz z serem marłal”/

Czas przygotowania: 15 minut / Czas wyrastania: 2 godziny / Czas pieczenia: 25 minut

Składniki:

  • 200 g mąki
  • 2 żółtka + 1 jajo
  • 100 g miękkiego masła
  • 50 ml mleka
  • 10 g świeżych drożdży ( lub 5 g drożdży instant )
  • 10 g cukru
  • około 300 g sera maroilles*
  • 1 czubata łyżka crème fraîche ( gęstej, lekko kwaśnej, tłustej śmietany )
  • sól i pieprz

* jeśli nie znajdziesz sera maroilles ( lub nie lubisz ), zastąp go serem comté, lub morbier. Może być też inny gatunek sera o wyraźnym, intensywnym smaku oraz taki, który ładnie się roztapia.

Przygotowanie:

  1. Drożdże i cukier rozpuść w odrobinie ciepłego mleka.
  2. Do miski wsyp mąkę, dodaj szczyptę soli, 2 żółtka, masło, resztę mleka oraz drożdże z cukrem.
  3. Wyrabiaj, aż uzyskasz jednolite ciasto. Jeśli zbyt klei się do rąk, posyp je lekko mąką.
  4. Foremkę wysmaruj masłem i posyp mąką.
  5. Wyłóż ciasto na dno foremki i pozostaw do wyrośnięcia na 2 godziny w temp. pokojowej.
  6. Śmietanę wymieszaj z jajkiem i odrobiną pieprzu.
  7. Ser pokrój na plasterki, ułóż je na powierzchni ciasta i polej śmietaną.
  8. Piecz w piekarniku rozgrzanym do 170° C około 25 minut.
  9. Najlepsze na ciepło z jasnym piwkiem, smacznego!

Ps. Choć ser rzeczywiście jest bardzo „pachnący”, wcale nie przeszkadza to w trakcie jedzenia. Polecam jednak potem dobrze wywietrzyć pomieszczenie, lub po prostu zjeść na świeżym powietrzu ;-)

Flamiche 1 Chili & Tonka

Flamiche 5 Chili & Tonka

Przepis z Saveurs nr 199

Francuski placek z jabłkami

French apple cake from Chili & Tonka

To takie zwyczajne ciasto – placek z jabłkami, jak u mamy – jak u francuskiej mamy :-) Dobre, dość wilgotne, mięciutkie i łatwe do zrobienia. Różni się nieco od naszego tradycyjnego jabłecznika. Nam smakowało, więc dzielę się z Wami przepisem. Wśród składników znajduje się aż cała paczuszka proszku do pieczenia – to dość dużo. Po upieczeniu jednak nie czuć proszku, a mój wrażliwy na takie specyfiki żołądek nie zaprotestował, więc nie jest najgorzej. Przepis na podstawie specjalnego wydania czasopisma Maxi, poświęconego wyłącznie francuskim wypiekom. Postanowiłam, że wypróbuję je wszystkie, więc spodziewajcie się innych specjałów znad Sekwany w kolejnych postach na moim blogu :-)

{ scroll down for English version }

Francuski placek z jabłkami

Składniki:

  • 500 g jabłek ( np. Granny Smith, lub innych kwaskowych )
  • 250 g mąki
  • 1 saszetka proszku do pieczenia
  • 120 g miękkiego masła
  • 125 g drobnego cukru
  • 3 jaja
  • 1/2 szklanki mleka
  • 1 łyżka rumu ( można pominąć, ale wzbogaca smak ciasta )
  • szczypta soli

Przygotowanie:

  1. Rozgrzej piekarnik do 180° C. Foremkę, np. okrągłą o średnicy 25 cm posmaruj masłem i posyp mąką.
  2. Przy pomocy miksera rozetrzyj masło z cukrem na pulchną masę.
  3. Wciąż miksując dodawaj po jednym jajku i stopniowo mąkę z proszkiem do pieczenia.
  4. Na koniec wlej mleko i rum, wsyp szczyptę soli. Wymieszaj dokładnie.
  5. Jabłka obierz, usuń pestki i pokrój na ćwiartki. Ułóż je na dnie foremki „na sztorc”.
  6. Na jabłka wylej masę, wyrównaj wierzch i wstaw do piekarnika na około 35 – 40 minut. Piecz do „suchego patyczka”.
  7. Po wyjęciu odczekaj 15 minut, a następnie wyjmij ciasto z foremki, wystudź i pokrój na kawałki. Smacznego!

**********

French apple pie

Ingredients:

  • 500 g apples ( for example Granny Smith )
  • 250 g plain flour
  • 1 sachet baking powder ( 8 g )
  • 120 g unsalted butter, softened
  • 125 g caster sugar
  • 3 eggs
  • 1/2 cup milk
  • 1 tablespoon rum ( not necessarily, but it enriches the flavor of the cake)
  • pinch of salt

Method:

  1. Preheat oven to 180 ° C. Butter the mold – 25 cm diameter – and dust with flour, tap out excess.
  2. Mix the butter and sugar until pale and fluffy.
  3. Beat the eggs in one at a time. Gradually mix with flour and baking powder.
  4. Finally, pour the milk and rum, add a pinch of salt. Mix thoroughly.
  5. Wash and peel the apples, remove the seeds and cut into quarters. Put them in the bottom of the mold ( edgewise ).
  6. Pour the batter, align the top and put in the oven for about 35 – 40 minutes. Bake until a tester inserted into center comes out clean.
  7. Remove from the oven and let it cool.

Bon appetit!

Dwa światy

Kiedy w 2003 roku po raz pierwszy zobaczyłam Paryż, byłam zachwycona. Nie tylko dlatego, że spełniło się moje wielkie marzenie i chodziłam po miejscach, gdzie kiedyś szlajał się Modigliani, Utrillo i inni pijani artyści. Miasto zachwyciło mnie swoją różnorodnością. Nigdy wcześniej na jednej ulicy nie widziałam tylu kolorów skóry. Świat w pigułce, we wszystkich swych odcieniach – od bogactwa do biedoty, od porcelanowego do czarnego jak smoła. Kolorowa, multikulturowa pigułka ( nie ) spełnionych marzeń. Widziałam ogromnego różowego pudla z pomponami, który dostojnie wyjeżdżał po ruchomych schodach, z metra wprost na Avenue des Champs-Élysées. Albo wulgarnego, transwestytę w potarganych kabaretkach, krzyczącego coś z wyraźnym francuskim R. Z zachwytem patrzyłam na piękną mulatkę w lśniącym Lamborghini, albo wytworną kobietę w typie Catherine Deneuve, która sączyła swoje espresso w kafejce na rogu. Czasem czułam niepokój, np. wchodząc wieczorem do metra pełnego czarnoskórych młodych mężczyzn, z tymi ich świecącymi, rozbieganymi oczami, kiedy cała reszta podróżnych stała nieruchomo, patrząc przed „nieistniejące” siebie. Niedługo po moim powrocie do Polski w stolicy Francji wybuchły zamieszki. Ci sami czarnoskórzy chłopcy palili, demolowali, niszczyli Paryż domagając się równych praw.

Pozdrowienia z Paryża Chili & Tonka

Teraz, po latach, mieszkam w małym burgundzkim miasteczku. Nie ma tu wielkich blokowisk, ludzie żyją spokojnie w swoich domach z ogródkiem, życie toczy się w żółwim tempie. Ogólnie – nuda. Oprócz dwóch czarnoskórych, nie widziałam żadnej osoby, która różniłaby się od nas czymkolwiek. Ale wystarczy pojechać do oddalonego o kilka kilometrów, większego miasta. Tam spotkałam się „z nimi” po raz pierwszy w tak bezpośredni sposób.

Muszę powiedzieć, że wahałam się, i wciąż się waham, czy powinnam pisać na ten temat. Zaraz mogą odezwać się głosy, że jestem nietolerancyjna, mam rasistowskie poglądy, albo co najmniej zadzieram nosa. Tymczasem ja jestem w stanie zaakceptowaać nawet wyznawców dętki rowerowej, jeśli swoją wiarą nie ingerują w moje życie. Albo dwóch zakochanych, z czego jeden jest człowiekiem, a drugi szympansem, o ile szympans też się na to zgadza. Oczywiście to przenośnia – nie czytajcie  moich słów w tak dosłowny sposób!

Inaczej to wszystko wygląda, gdy z teorii przechodzimy do praktyki i musimy się zderzyć  z brutalną rzeczywistością.

Po raz pierwszy spotkałam muzułmanów na kursie francuskiego, blisko 4 lata temu*. Pamiętam, kiedy weszłam do małej, dusznej salki lekcyjnej wypełnionej starszymi kobietami, których głowy okrywał hidżab. Obok siedzieli mężczyźni o śniadej cerze, z przeszywającym mnie wzrokiem. Miałam ochotę zrezygnować. W tym małym pomieszczeniu panował gwar, niczym na arabskim targowisku. Na szczęście, wśród tego obcego tłumu,  dostrzegłam też filigranową blondynkę – Sylvie. Jak się później okazało, nauczycielka miała polskie korzenie i świetnie mówiła w moim ojczystym języku. Gdyby nie to szczęśliwe zrządzenie losu, możliwe, że znów bym spakowała walizki i wróciła do Irlandiii.

* imigranci spoza Unii Europejskiej, przyjeżdżając do Francji, mają obowiązek uczestnictwa w kursie językowym. Następnie, jeśli chcą zostać na dłużej, muszą zdać egzamin. Większość z nich nie uczy się języka po to, aby ułatwić sobie życie, ale z obowiązku nałożonego przez państwo. Wiele muzułmańskich kobiet, szczególnie tych starszego pokolenia, żyje we Francji dziesiątki lat kompletnie nie znając francuskiego.

Początki nie były łatwe. Musiałam zacisnąć zęby, „wyalienować się” z tego tłumu i skupić na tym, co najważniejsze, czyli na nauce francuskiego. Może zapytacie dlaczego nie dążyłam do kontaktu z tymi ludźmi? Byłam dla nich tą „inną”, traktowali mnie z dystansem i ostrożnością. Zamykali się w tym swoim niezrozumiałym dla mnie języku. Wielu z nich było analfabetami, którzy kompletnie nie znali zasad panujących w szkole. Nie zawsze zachowywali podstawy  kultury w naszym europejskim rozumieniu tego słowa, a spotkani na mieście ostentacyjnie udawali, że się nie znamy. Nie lubiłam tam chodzić, ale z zaciśniętymi zębami, trochę indywidualnym tokiem nauki skończyłam kurs i zdałam egzamin otrzymując 98 / 100 pkt.

Przyznam, że nie chciałam tego wszystkiego przechodzić po raz drugi. Wiedziałam jednak, że sama, w domu, nie dam rady szlifować francuskiego. Na prywatne lekcje nie było mnie stać. Znalazłam inną szkołę, a nawet dwie.

Odtąd wtorki i czwartki spędzałam w APP – czymś w rodzaju centrum dokształcania dla dorosłych. Tym razem 90% kursantów stanowili Francuzi. Czasem przychodziło ze dwóch Algierczyków, mówiących biegle po francusku. Była jedna dziewczyna z Anglii i ja. W APP można było wziąć udział w rozmaitych kursach dokształcających, nie tylko językowych, niekiedy bardzo specjalistycznych. Ja spędzałam 7 godzin dziennie z nosem w książce, rozwiązując dziesiątki ćwiczeń i zgłębiając tajniki francuskiej gramatyki. Dość nudne, ale przydatne zajęcie. Niestety, mało było okazji do rozmowy, więc mój francuski wciąż pozostawał na dość słabo komunikatywnym poziomie. Dlatego w poniedziałki i piątki uczestniczyłam w innym kursie, w collège’u – żeby sobie więcej pogadać.

W collège’u również był organizowany obowiązkowy kurs dla imigrantów i również większość stanowili ludzie z Algierii, Maroka, czy krajów byłej Jugosławii. Ale jacyś jednak inni – młodsi, bardziej otwarci, uśmiechnięci. Kilka Algierek chodziło z odsłoniętą głową i nawet w dość wyzywających strojach. Była też dziewczyna z Filipin, czy Tajlandii. Była Czeszka i Rosjanka o wygladzie modelki, był jeden Chińczyk, który kompletnie niczego nie rozumiał. Zdecydowanie nie była to powtórka z pierwszego kursu, tym bardziej, że spotkałam kilka osób, z którymi udało mi się znaleźć wspólny język. Poza tym, rozmawiając z Joy, czy Tatianą, mogłam odrobinę zatroszczyć się o mój powoli zanikający angielski. Poziom kursu znów mnie lekko rozczarował, ale miałam już podstawy z poprzedniego. Przede wszystkim chodziłam tam, by rozmawiać po francusku, o wszystkim i o niczym, byle gadać ile wlezie!

Choć starałam się podchodzić do sprawy w dość dyplomatyczny sposób, zdarzało się, że zahaczaliśmy o bardziej drażliwe tematy. Czasem celowo, czasem z nudów lubiłam wsadzać kij w mrowisko i zadawałam im pytanie : „ale dlaczego?” Dlaczego zakrywasz włosy, dlaczego nie jesz i nie pijesz w dzień podczas ramadanu ( Czy Twój Bóg w nocy Cię nie widzi? ), dlaczego nie poprosisz męża o pomoc, dlaczego robisz, co Ci każą? Odpowiedzią było dla mnie ich zdziwienie, bo przecież tak było jest i będzie. I nikt się nad tym nie zastanawia, nie zadaje sobie takich pytań. Jednego razu skupiłam na sobie wzrok całej sali, gdy przekornie stwierdziłam, że to Wolność jest moją religią. Potem już nie chciałam prowokować.

Z kolei Joy ( Filipinka ) nie miała takich oporów. Do momentu, gdy spytała chłopaka z Kosowa o zamach na WTC. W odpowiedzi usłyszała, że Osama był wielkim bohaterem, a wszyscy Amerykanie zasługują na śmierć. Domyślam się, że według niego to samo powinno spotkać cały zachodni świat  i  w takich momentach zastanawiam się, po co oni tutaj przyjeżdżają… Na codzień nie myślę o tym, ale są momenty, gdy nie czuję się do końca bezpiecznie przebywając obok ludzi gotowych zabić, lub umrzeć w obronie swojej wiary.

Oczywiście we Francji żyje mnóstwo imigrantów, którzy świetnie potrafią się zintegrować. W mojej okolicy sporo osób ma polskie korzenie i podobno w każdej rodzinie znajdzie się osoba, której nazwisko kończy się na – ski. Jest wielu Włochów, trochę Portugalczyków i ludzi z Maghrebu ( szczególnie młodszego pokolenia ), którzy jednak znaleźli tu swoje miejsce wśród, a nie obok Francuzów. Pracują, uczą się i żyją tak, jak inni. Jest jednak spora grupa osób zapalczywie dbających o swoją odrębność religijną i kulturową, odcinających się od reszty społeczeństwa. Słuchają swojej ludowej muzyki, nie czytają książek, nie oglądają filmów, są zupełnie odporni na otaczający ich świat. Niektórzy całymi rodzinami żyją z zasiłku – tyle im wystarcza i tak im odpowiada. Po kilku latach pobytu we Francji nie wiedzą co to pizza, czy hot – dog, nie wiedzą, że z psem trzeba wyjść na spacer i po co w ogóle komuś pies?! ( słyszałam, że niektórzy muzułmanie hodują kozy na 7 piętrze w bloku, ale to w zupełnie innym celu ). Nie potrafią odróżnić przystawki od dania głównego, czy deseru. Nie wiedzą, nie potrafią, a przecież wystarczy tylko chcieć.

Łatwo jest mówić o tolerancji, ale co się stanie, jeśli spotkasz na swojej drodze ludzi z zupełnie innego świata? Ludzi, których poglądów nigdy nie będziesz w stanie zaakceptować, bo są w całkowitej sprzeczności z Twoimi? Czy znajdziesz wspólny język z dziewczyną, której rodzice zabronili chodzić do szkoły, bo zaczęły jej rosnąć piersi – jej poziom wiedzy pozostawia wiele do życzenia i nie rozumie więcej niż połowy z tego, o czym mówisz? Czy będziesz w stanie traktować ją na równi z Tobą? Albo nie zdziwi Cię fakt, że można nie znać daty swoich urodzin? A w końcu, jak się zachowasz stojąc twarzą w twarz z człowiekiem, który najchętniej wyeliminowałby Ciebie i cały Twój zachodni świat? Będziesz w stanie go zaakceptować, czy raczej zachowasz bezpieczny dystans?


PS. Bardzo polecam Wam książkę P. Sichel’a „Modigliani”, która wspaniale opisuje życie włoskiego malarza i bohemy artystycznej Paryża z początku XX wieku.