
Co Wam przychodzi do głowy, kiedy patrzycie na to zdjęcie? Ład, spokój, porządek i ciasto, które być może mielibyście ochotę zjeść? Hmm, ja to widzę w zupełnie inny sposób. Dla mnie to oko cyklonu!

Co Wam przychodzi do głowy, kiedy patrzycie na to zdjęcie? Ład, spokój, porządek i ciasto, które być może mielibyście ochotę zjeść? Hmm, ja to widzę w zupełnie inny sposób. Dla mnie to oko cyklonu!

Jesteście głodni? Dziś przepis na proste danie składające się z bardzo niewielu składników – oprócz cebuli i kilku przypraw, praktycznie wszystkie zostały wymienione w tytule. Do wypróbowania tej potrawy przekonał mnie kremowy, lekko czosnkowy sos. Przygotowując schab w ten sposób mamy gwarancję, że mięso nie będzie suche. Cóż więcej mogę dodać? Spójrzcie na zdjęcia i odpowiedzcie sobie sami, czy macie ochotę na to danie? My zjedliśmy ze smakiem :-)

Pod koniec września, szukając w parku pierwszych oznak jesieni, natknęliśmy się na pięknego kasztanowca. Przecież wiedziałam, że tam jest, ale w tym roku był jeszcze bardziej urodziwy, bardziej okazały, dorodny. Kasztany, jeszcze nie do końca dojrzałe, chowały się w okrutnie kolącej otoczce. Nasz pies już wiedział, pamiętał, żeby nie dotykać ich swoim wrażliwym nosem. Nie zabraliśmy ich wtedy do domu, ale kilka lat wcześniej to właśnie z tego drzewka pochodziły kasztany, które jadłam po raz pierwszy w życiu. Dopiero rok, może dwa lata później przekonałam się do ich smaku. Dziś bardzo je lubię i w sezonie nie potrafię ich sobie odmówić.

Ostatnio w naszym domu panuje wolna amerykanka, jeśli chodzi o jedzenie. Na śniadanie – nie mogę się oprzeć i jem pyszny barszczyk czerwony, który został z wczoraj. Mężowi, któremu rano wystarcza kawa, na obiad gotuję gęstą grochówkę na wędzonce, a sobie robię tosty. Grochówkę zjem na kolację, kiedy mój małżonek nabierze ochoty, nie wiem, może na jajecznicę. Nie mam pojęcia dokąd dojdziemy z tym sposobem odżywiania, ale prawda jest taka, że już dawno przestałam gotować posiłki według tradycyjnego, polskiego szablonu. Kiedyś, w Irlandii, bardzo pasowała mi ich metoda, czyli obiad na kolację, we Francji jest tak samo. Wszystko jeszcze bardziej się komplikuje, ponieważ, jak pewnie już wiecie, prowadzę bloga. W związku z tym niektóre potrawy, które chętnie zjadłabym po zachodzie słońca, muszę przygotować wcześniej – ze względu na dzienne światło. Nie wiem jak ja to wszystko ogarniam, ale ważne, że bilans się zgadza i jest całkiem smacznie.

Dawno temu ktoś z Was poprosił mnie o pokazanie zdjęć z miejscowości w której mieszkam. Długo z tym zwlekałam, bo co niby miałabym pokazać na tym krańcu świata, aż w końcu dziś wybrałam się na spacer z psem i z aparatem. Jesienne kolory, poranne mgły, a nawet lekka mżawka sprawiły, że to najnudniejsze miejsce na świecie zmieniło się na moment w nieco piękniejszą, może nawet romantyczną okolicę.
Sanvignes les Mines znajduje się w Burgundii, w departamencie Saône-et-Loire. To małe miasteczko, w którym kiedyś mieszkali głównie pracownicy pobliskich kopalni odkrywkowych. Dziś kopalni już nie ma, a w ich miejscu powstały parki, lasy, zalewy. Sanvignes można nazwać sypialnią dla pobliskiej okolicy. Mieszkańcy (około 4,5 tys. osób) też się zmienili. Dziś są to głównie osoby pracujące kilkanaście / kilkadziesiąt kilometrów stąd. Ludzie, którzy cenią sobie spokój, wolą własny dom z ogródkiem (czasem też z basenem) i nie mają zamiaru rezygnować z tego przywileju na rzecz zgiełku miasta. Od najbliższej większej cywilizacji dzieli nas około 6km, poza Sanvignes jest już tylko la campagne, czyli liczne pola i pastwiska, na których posilają się krówki słynnej rasy Charolais.
Wszystkie zdjęcia pokazują widoczki sfotografowane nie więcej niż 3 minuty spacerkiem od mojego domu, w promieniu nie większym niż 300m i tylko te, na których warto na chwilę zatrzymać wzrok.






